Kilka miesięcy od premiery akustycznej płyty Song For A Friend, Ray Wilson powraca z nowym pełnowymiarowym albumem Makes Me Thing Of Home. Płytą, będącą kolejnym dowodem wyjątkowego talentu i kreatywności wokalisty znanego również z nagrań Genesis czy Stiltskin. Artysta wystąpi 27 kwietnia 2017 r. o godz. 20.00 w łódzkim Klubie Wytwórnia. Szkocki frontman zaprezentuje zarówno największe przeboje legendarnej grupy jak i materiał autorski.

(Michał Kirmuć): Jak doszło do tego, że zdecydowałeś się wydać dwie pełnowymiarowe płyty w ciągu roku?

(Ray Wilson): Gdy zacząłem pracować z Uwe Metzlerem nad piosenkami na nową płytę, robiliśmy to z myślą o nowej płycie Stiltskin. Napisaliśmy kilka piosenek w tym stylu, ale jakoś ich nie czułem. Nie do końca potrafiłem się w nich odnaleźć w tamtej chwili. Więc zapytałem go; czy nie mógłby napisać bardziej akustycznych utworów? I tak powstał materiał, który trafił na płytę Song For A Friend.

Od jakiegoś czasu pracowałem już jednak nad piosenkami, które ostatecznie znalazły się na Makes Me Thing Of Home. Niektóre powstały nawet jeszcze przed płytą Chaising Rainbows. I oryginalnie chciałem zarówno te piosenki pisane z Uwe, jak i te nad którymi przez cały czas pracowałem z Peterem Hoffem, umieścić na jednej płycie. Ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że to są dwie niezależne rzeczy. To były dwa niezależne projekty. Akustyczny z Uwe i z elektryczny z Peterem. I w końcu okazało się, ze jest tak dużo tego materiału, że uznałem, że trzeba to rozdzielić.

Od wielu lat mieszkasz w Polsce, a jednak w utworze tytułowym wracasz myślami do czasów, gdy mieszkałeś w Szkocji. Co sprawiło, że zacząłeś myśleć o swoim dawnym domu?

To prawda, że w Makes Me Thing Of Home wracam myślami do czasów, gdy mieszkałem w Edynburgu, ale nie jest to podróż sentymentalna. Raczej uświadomienie sobie tego, jak bardzo trudny był to czas w moim życiu.

Gdy mieszkałem w Edynburgu, miałem w domu w piwnicy swoje studio nagrań. To było niewielkie pomieszczenie, pozbawione okien. Spędzałem tam wiele czasu, przez wiele miesięcy pracując nad piosenkami. I popadałem w coraz większą depresję. Ten brak słonecznego światłą przekładał się na brak światła w całym moim życiu. Dlatego gdy poznałem Gosię i przeprowadziłem się do Polski, postanowiłem wynająć jasne mieszkanie z dużymi oknami. Opuszczenie Edynburga i przyjazd do Polski był niczym symboliczne wyjście z mroku. I o tym właśnie jest utwór Makes Me Thing Of Home. Przypominam w nim, jak mroczny to był dla mnie czas.

Nowy album otwiera utwór They Never Should Have Send You Roses, który już zaistniał na antenie radiowej. To kolejny utwór o szkockiej tematyce…

Nawiązuje w nim do szkockiego referendum. Mówi o podziałach między Szkotami i Anglikami. Postanowiłem to przedstawić opowiadając historię szkockiego chłopaka z klasy robotniczej, który zakochuje się w dziewczynie, pochodzącej z bogatej rodziny. Bardzo jej pragnie, ale to się nie może udać, za względu na różnice klas, historię itd. To jest taka przenośnia związku Szkocji i Anglii. Szkoci zawsze byli ciemiężeni przez Anglików. Historycznie, militarnie…

Innym ważnym tematem, który przewija się przez ten album jest alkoholizm. Co sprawiło, że poruszyłeś ten temat w utworach The Next Life i Anyone Out There?

Było kilka powodów. Ktoś z mojej bliskiej rodziny zmarł z powodu alkoholizmu. Zresztą w mojej rodzinie było więcej takich przypadków śmierci z powodu nadużywania alkoholu. Miałem wiele doświadczeń związanych z tą niszczycielską siłą… Poza tym Peter Hoff miał udar mózgu spowodowany za dużą ilością alkoholu, papierosów i spędzania czasu przy komputerze.

Kiedy to się stało, zacząłem zastanawiać się nad własnym życiem. I o tym jest The Next Life. Pomyślałem, że powinienem coś z tym zrobić, bo sam także piłem za dużo. To spowodowało, że przez dwa i pół roku nie piłem alkoholu w ogóle. Z kolei Anyone Out There jest o autodestrukcji i poszukiwaniu duszy.

Trzeba jednak podkreślić, że są na tej płycie także utwory lżejszego kalibru. Jak chociażby Amen To That. Jakim doświadczeniem była dla ciebie praca aktora na planie wyjątkowego teledysku do tej piosenki?

Dzisiaj ludzie oglądają teledyski głównie za pośrednictwem YouTube’a, przeglądają posty na swoich telefonach, oglądają kilkanaście sekund i przechodzą dalej. Nasza kultura adresowana jest do ludzi, którzy robią wszystko szybko i nie mają cierpliwości do niczego.

Robiąc teledysk do Amen To That postanowiłem zrobić teledysk, który sprawi, że będziesz chciał go obejrzeć w całości. Będziesz chciał zobaczyć, jaki będzie następny charakter. Zamiast zatrzymać po kilkunastu sekundach, będziesz ciekawy w kogo wcielę się za chwilę. I taki cel mi przyświecał robiąc ten teledysk. A wcielenie się w te różne postacie sprawiło, że mogłem pozwolić sobie na odrobinę aktorstwa. I naprawdę sprawiło mi to dużo radości.

Ostatnio nagrałeś swoją piosenkę w nowej wersji z Patrycją Markowską…

Pomysł na współpracę pojawił się parę lat temu, minęło sporo czasu od tamtej chwili, ale jak widać na dobre rzeczy warto czekać.

Kiedy usłyszałem brzmienie Patrycji głosu w tym utworze, to miałem wrażenie jak gdyby ta piosenka była dla niej stworzona. Oczywiście dodatkowym wyzwaniem było zaśpiewanie utworu po polsku, Patrycja bardzo mi pomogła, zwłaszcza powstrzymując się od śmiechu. 

Z Ray’em Wilsonem rozmawiał Michał Kirmuć

Zdjęcia: mat. pras. Ray Wilson

PODZIEL SIĘ