„Ja nie mam twarzy, tylko twarze” wywiad z Tomaszem Borkowskim

„Ja nie mam twarzy, tylko twarze”… to stwierdzenie chyba najlepiej opisuje mojego rozmówcę. Aktor teatralny, dubbingowy, filmowy – i to chyba w tej kolejności, potem wokalista i choreograf – Tomasz Borkowski.

Młodszej publiczności znany z takich filmów jak „Hotel Transylwania”, czy „Między nami, misiami”. Starszyzna na pewno wie, kim jest Tomasz Borkowski, wracając pamięcią do takich produkcji jak „1920. Wojna i miłość”, czy „Job, czyli ostania szara komórka”. Obecne mój gość pracuje nad kilkoma nowymi projektami z dziedziny teatru i muzyki, można też podziwiać jego kunszt aktorski w odsłuchach „live” na Facebooku w ramach projektu #sztukawczasachzarazy.

Jak Tomasz Borkowski zaczął przygodę z dubbingiem? Które z odegranych przez niego postaci są jego ulubionymi? Jak się żyje artyście w czasach zarazy? Tego i wiele więcej dowiecie się z zapisu naszej rozmowy.

Zapraszam!

Wchodząc do sieci i szukając informacji o tobie, od razu czytamy: „Tomasz Borkowski — aktor filmowy, teatralny, dubbingowy”. Czy to aby wszystko, czego dokonujesz? A gdzie śpiewanie?

No tak. Są to jedynie dyscypliny aktorskie, którymi na co dzień się zajmuję. A faktycznie robię nieco więcej. Śpiewam, ile wlezie. Nagrywam niewiele. Za to dość regularnie można się ze mną „spotkać” przy okazji koncertów „Quin Symfonicznie”, gdzie w żółtej kurtce z koncertu na Wembley odśpiewuję numery Freddiego Mercurego. Prócz śpiewania zajmuję się także choreografią. Od czasu do czasu nagrywam także słuchowiska, bądź czytam prozę dla Teatru Polskiego Radia.

W filmach, czy serialach obsadzany jesteś głównie w rolach drugoplanowych lub epizodycznych. Nie masz szczęścia w castingach, czy bardziej zależy ci jednak na realizacji innych projektów?

Myślę, że szczęście odgrywa tu rolę niewielką. Być może właśnie dzięki sporej ilości zainteresowań los pozwala mi realizować ciekawe projekty, bez przywiązywania się do ról serialowych czy filmowych. Oczywiście tych drugich wypatruje cierpliwie, jednak staram się nie zaprzątać uwagi tym, na co wpływ mam niewielki.

“Dobry wieczór kawalerski”, to pozycja, z którą odwiedziłeś niejedno miasto w Polsce. Sama mam chrapkę na spektakl w Łodzi (śmiech). Opowiedz nam co nieco o spektaklu i o twojej tam roli.

„Dobry Wieczór Kawalerski”, to wspaniała przygoda. Po raz pierwszy z tym arcy-dowcipnym tekstem Doroty Truskolaskiej spotkałem się w wiele lat temu, gdy dołączyłem do grupy przyjaciół, w zastępstwie starszego kolegi. Reżyserią pierwszej odsłony (dziś jest już trzecia) tego spektaklu zajął się Jerzy Bończak. Piszę przyjaciół, bo wówczas obsadę stanowili bardzo bliscy mi ludzie, na marginesie świetni artyści. Byli to min. Łukasz Simlat, Borys Szyc, Wojtek Kalarus, Andrzej Andrzejewski, Piotr Nowak i inni. Z powodów poza artystycznych, los tego spektaklu był jednak dość krótki. Jednak po kilku latach wspomniany Piotrek Nowak, postanowił skrzyknąć, nieco zmienioną ekipę i rozpocząć kolejny etap przygody z tym tekstem. Wówczas dołączyli do nas min. Michał Piela, Mateusz Damięcki, Mirosław Zbrojewicz i inni. I choć sale pękały w szwach, również z powodów nieartystycznych musieliśmy przerwać granie. Dziś jednak nowa wersja, w reżyserii P. Nowaka objeżdża Polskę od pół roku i mam nadzieję, potrwa to jeszcze długi czas. A co do roli, to gram przyjaciela ”młodego”, który zaprosił najbliższych sercu kumpli na swój wieczór kawalerski. Zdradzanie czegokolwiek więcej mogłoby zepsuć zabawę tym, którzy jeszcze nie widzieli przedstawienia. Dość powiedzieć, że wraz z widownią, bawię się na tym spektaklu wyśmienicie.

Nowak, Żurawski, Piela, no i oczywiście Borkowski (śmiech)… Jak sądzisz, czym ten spektakl tak bardzo zaskarbił sobie sympatię widzów? Chodzi tu tylko o nazwiska, czy jest w tej sztuce coś więcej?

To opowieść radosna, rubaszna, miejscami melancholijna, ale w gruncie rzeczy przede wszystkim szczera. Myślę, że męska część widowni rozpoznaje w nas samych siebie, a żeńska ma wyjątkową okazję zajrzeć za kulisy wieczorów kawalerskich. I to sprawia wszystkim radość. Nam także.

Teatr Polski, Teatr Dramatyczny, Teatr Współczesny, Teatr Imka… Lista twoich ról teatralnych jest także imponująca. Co kryje się takiego na deskach teatralnych, że nie potrafisz bez niego żyć?

Teatr to miejsce, w którym przecinają się moje marzenia, oczekiwania, ciekawość świata i ludzi. To miejsce, w którym czuję się „u siebie”. Mam nadzieję, że będzie mi dane funkcjonować w teatrze, do samego końca.

Dubbing. Nie mogłam pominąć tego tematu! Zresztą moi synowie nie darowaliby mi tego (śmiech). Jak trafiłeś do „Ekipy”? Pamiętasz swój “pierwszy raz” z dubbingiem?

Mój „pierwszy raz” to była współpraca ze wspaniałą reżyserka Anią Apostolakis przy filmie „Megamocny”. Pani Ania odwiedziła Teatr Polski, w którym grałem wówczas Astrowa w przedstawieniu „Wujaszek Wania”. Był to spektakl, który po dziś dzień nosi dla mnie miano, najważniejszego. Reżyserka zaprosiła mnie na casting do głównej roli, wygrałem go i w ten sposób rozpocząłem swoją podróż po świecie dubbingu. Bez wątpienia mogę stwierdzić, że pokochałem tę pracę od pierwszego wejrzenia. Dziś ról pierwszo- i drugoplanowych mam na koncie już dość sporo, ale jak dotąd wciąż jestem głodny nowych wyzwań.

Wielu artystów boi się (nie chce) pracować z dziećmi i dla dzieci. Ty nie masz z tym problemu. Regularnie pojawiasz się w kreskówkach, grach komputerowych itp. To jest łatwa publika? Wdzięczna? Czy wprost przeciwnie?

Praca w dubbingu, czy przy grach komputerowych, ma tę cechę, że nie konfrontuje mnie z odbiorcami. A komentarzy na wszelakich portalach nauczyłem się nie czytać. Jednak chętnie odpowiem tak. Uwielbiam grać dla dzieci, bo te na równi traktują prawdę i magię. Mam podobnie. Być może nigdy nie przestałem być dzieckiem. Do tego praca przy bajkach, po prostu sprawia mi olbrzymią frajdę.

Drak z “Hotelu Transylwania”, to postać, za którą na przykład moi synowie najbardziej cię lubią i od której zaczęli rozpoznawać twój głos, słuchając innych postaci. Która kreacja dubbingowa twoim zdaniem ugruntowała swoją pozycję w tym środowisku?

Tego nie wiem, ale chętnie wymienię te dla mnie najważniejsze. Drakula, oczywiście tak. Uwielbiam tę postać i wszystko, co go spotyka. Mam nadzieję, że powstanie jeszcze kilka części, bo zżyłem się z Darkiem bardzo. „Kubo i dwie struny”, to chyba najpiękniejsza i najmądrzejsza bajka, w której zagrałem. Jest bardzo, bardzo smutna, ale to taki smutek, który porusza wrażliwość. A ta, poruszona, czyni świat lepszym. „Fantastyczne zwierzęta: zbrodnie Grindelwalda”, to była jazda bez trzymanki. Johny Deep, to trudny orzech do zgryzienia. Formalny i prawdziwy zarazem. Uwielbiam do tego wracać, a czekają mnie jeszcze trzy filmy. Mam nadzieję. „Sonic. Szybki jak błyskawica”, to kolejny bieg z przeszkodami. Tym razem na drodze stanął mi Jim Carrey. Specjalista od ról nie do powtórzenia. Pierwszy raz w dubbingu, musieliśmy, wraz ze wspaniałą reżyserką Joanną Węgrzynowską, pokusić się o wyłączenie fonii. Okazało się bowiem, że powtarzać za Carrey’em się nie da (śmiech). Podobno wyszło to świetnie. Niestety emisję filmu przerwał wirus. Muszę zatem poczekać, aby zobaczyć go w kinie. Uwielbiam także takie filmy jak: „Chłopiec z burzy”, „Annie”, „Artur ratuje Gwiazdkę”, „Niania i wielkie bum”, „Madagaskar 3”, „Strażnicy marzeń” oraz seriale: „Nicky, Ricky, Dicky i Dawn”, czy „Między nami, misiami”.

Kiedyś Piotr Adamczyk, sławny Zigzak McQueen (śmiech), w jednym z wywiadów powiedział, że jego znajomi wręcz błagają, by zadzwonił do ich dzieci na urodziny, albo kiedy są chore. Tobie też się zdarzają takie sytuacje?

Z raz, czy dwa nagrałem głosem Drakuli, życzenia urodzinowe i tyle. Szczerze mówiąc, nie przechowuję w pamięci ról, które zagrałem, choć kilka z nich oczywiście wbiło mi się na tzw. twardy dysk. Także, chcąc użyć któregoś z nich, musiałbym niestety najpierw, posłuchać jak ją grałem. To działa u mnie na zasadzie impulsu albo odruchu.

Które postaci: filmowe, teatralne, dubbingowe tworzy ci się łatwiej? Można w ogóle te tematy porównać?

Zawsze dobrze, gdy się trafi świetna literatura. Wtedy tak postać, jak i świat wokół niego, dostarczają całej masy spójnych impulsów, które stają się początkiem wielu poszukiwań. Tak w moim życiu było między innymi z Czechowem. Myślę, że to dotyczy każdej przestrzeni, którą się zajmuję. Teatru, filmu, dubbingu, serialu, teatru radia, a nawet choreografii.

Trudny czas przyszedł na nas. Muzycy i aktorzy dostają mocno w skórę przez zamknięcie wszystkich kin, teatrów itp. Jak ty sobie z tym radzisz?

To doprawdy, dziwny czas. Z jednej strony: bezrobocie, troska o bliskich o kondycję świata o zdrowie, z drugiej: czas z rodziną, niewymuszona aktywność twórcza, oraz silne poczucie, że jest szansa na ciekawą lekcję tego, co jest naprawdę ważne dla wszystkich.

Kiedy to już wszystko minie… Nowe spektakle, nowe projekty, a może jakaś płyta z autorskimi piosenkami?

Autorska płyta to jedno z moich największych marzeń. Materiał powoli się kompletuje, także proszę, trzymaj kciuki. W trakcie przygotowań jest także spektakl, który powstaje wraz z moim przyjacielem, Mariuszem Ostrowskim, o dwóch klonach Freddiego Mercurego, którzy budzą się w jednym łóżku hotelowym, a przed nimi długa droga, aby odkryć, kim są, dlaczego jest ich dwóch i jaki to jest z tą miłością. W planach mam także realizację tekstu, napisanego przez Jacka Wasilewskiego pt. „Kocham się”. Będzie to spektakl, w którym aktorka stanie twarzą w twarz ze swoim alter ego i będzie musiała zmierzyć się ze swoimi demonami.
Za kilka miesięcy, mam nadzieję (jeśli epidemia pozwoli), wziąć udział w filmie o losach Marii Curie Skłodowskiej. To międzynarodowa produkcja, w reżyserii Anniki Glac, w której zagram lekarza i działacza politycznego, Kazimierza Dłuskiego, czyli męża siostry Marii, Bronisławy. Przede wszystkim, mam jednak nadzieję, że uda nam się przeczekać ten trudny okres izolacji i szczęśliwie powrócić do „normalności”, co w moim przypadku znaczyć będzie, kreacji.

Niech los nam sprzyja!
Tomek Borkowski.

Anioł i kobiety, czyli spektakl nieziemski!

Jeśli myślisz, że to kolejny spektakl z płytkim żartem, JESTEŚ W BŁĘDZIE! One są trzy. Artystki. Wszystkie seksowne; każda o innym temperamencie, guście i wrażliwości. W zaświaty trafiają razem z psem, który niespodziewanie wbiega im pod koła samochodu, kiedy jadą na kolejną imprezę.

On, Anioł, jest jeden. Czeka na nie w progu zaświatów. To tutaj, w jego obecności, zapadnie decyzja, czy pójdą do nieba, czy zostaną odesłane na ziemię. Akcja spektaklu Anioł i kobiety, kontrapunktowana na żywo dźwiękiem saksofonu, rozgrywa się między czterema postaciami w przedsionku nieba, i obfituje w wiele niespodziewanych, nierzadko komicznych, sytuacji. Dialogi skrzą dowcipem, są gęste od docinków, ironii i złośliwości, którymi aktorzy wzajemnie się przerzucają. Odnajdziemy tu także wiele odniesień do spraw i wydarzeń, którymi żyjemy na co dzień.

Czy artystki zechcą powrócić na ziemię? A pies? Jak potoczą się jego losy? To tylko niektóre z pytań, które stawia przed nami Agnieszka Warchulska, reżyser spektaklu. Jak na nie odpowiemy?

Spektakl „Anioł i kobiety”
09.02.2020r. godz: 16:00 oraz 19:00
Teatr im. Stefana Jaracza
Bilety: 80 PLN

 

Występują:
Maria Pakulnis
Tadeusz Chudecki
Agnieszka Warchulska
Aleksandra Domańska/ Viola Arlak
Saksofonista /muzyka na żywo/
Pies Szaras

Never-Ending Story na Walentynki

Podróż do przeszłości? …tylko z Teatrem V6! Kto z nas nie pamięta „Neverending story” Limahl’a” czy „Szklanej pogody” Lombardu?

14.02.2020
godz. 20:00 

bilety: normalny 60 zł, ulgowy 50 zł
czas trwania: 70 min

Rock, pop, dance… Magnetofony kasetowe i walkmany… Muzyczne lata 80 i 90, uważane przez niektórych za symbol kiczu, w którym królował kolor i połysk, to jedne z najbarwniejszych czasów w historii światowej i polskiej muzyki. Trendy i idole się zmieniają, jednak doskonale znane nam dźwięki z tamtych lat wciąż mają swoich fanów, stoją na czele list przebojów i są uwielbiane przez młode pokolenia.

Zapraszamy Was w  podróż przez największe muzyczne wydarzenia lat 80. i 90. w towarzystwie tancerzy, akrobatów i wokalistów Teatru V6.

Twórcy spektaklu:
Scenariusz, inscenizacja, reżyseria światła: Tomasz Filipiak
Choreografia: Natalia Kielan
Kostiumy: Anna Krawczyk-Filipiak
Projekcje video: Wojciech Łaba
Reżyseria dźwięku: Vadim Radishevskiy
Charakteryzacja: Julie Esther

Szczegółowe informacje i rezerwacje:
Biuro Obsługi Widzów Teatru V6
tel. 600 220 666, email: biuro@teatrv6.pl
Biuro i kasa czynne od wtorku do piątku w godz. 9.00 – 17.00.

Na świecie nie ma pustych miejsc – rozmowa z Małgorzatą Ostrowską

Po dwunastu latach od premiery ostatniego studyjnego albumu Małgorzata Ostrowska wydaje nową płytę zatytułowaną „Na świecie nie ma pustych miejsc”. Jako artystka niepokorna, zamiast ostrych elektrycznych gitar i rockowych hitów prezentuje nam wyjątkowo kobiecą i liryczną twarz. Nawet energetyczne utwory oparte są głównie na instrumentach akustycznych. Najbardziej jednak zadziwiają w wykonaniu Małgorzaty wysmakowane smooth-jazzowe ballady. I choć materiał jest bardzo eklektyczny łączy go jedno – teksty o miłości. Album, który został wydany na 20-lecie solowej kariery artystka zadedykowała swojemu zmarłemu managerowi Piotrowi Niewiarowskiemu, z którym była związana zawodowo od początku swojej artystycznej drogi.

– 12 lat to szmat czasu. Dlaczego kazałaś czekać tak długo na swój studyjny album?

– Rzeczywiście to bardzo długo. Nowa płyta mogła pojawić się wcześniej, ale chyba zabrakło takiej totalnej inspiracji i dopingu. Życie zawodowe przestało być tak intensywne i soczyste jak na początku mojej działalności estradowej. Czekałam na jakiś impuls.

– I co nim było?

– To nie był taki pozytywny impuls, na który zawsze liczymy. Dziś myślę, że była to nagła śmierć mojego wieloletniego menagera Piotra Niewiarowskiego. Dosadnie dotarło do mnie, że czas nie czeka na nikogo, a życie czasem się kończy w najmniej oczekiwanym momencie. To niewątpliwie zmobilizowało mnie do działania…

– Dlatego cały album zadedykowałaś Piotrowi Niewiarowskiemu?

– Chciałam przede wszystkim docenić jego wkład w moje życie zawodowe i prywatne. Bo oprócz tego, że był moim menagerem, był przecież moim przyjacielem. Był także obecny w fazie pierwszych kontaktów i rozmów z producentem płyty Maciejem Muraszko. Wiedział, jaką koncepcję noszę w sobie w związku z tą płytą i bardzo mnie wspierał. Myślę, że byłby szczęśliwy, że ten materiał powstał i przybrał taką formę.

– Byliście związani zawodowo trzydzieści siedem lat. Wielu wykonawców zazdrościło ci tak oddanego menagera. Czego najbardziej się bałaś po śmierci Piotra?

– Że wraz z jego śmiercią będę zmuszona zakończyć swoją działalność artystyczną. Wiedziałam, że sama sobie nie poradzę, bo nigdy nie zajmowałam się sprawami managerskimi, a dzisiejszy show-biznes jest tak skonstruowany, że artysta nie jest w stanie profesjonalnie kierować własną „karierą”. Oczywiście są wyjątki, ale ja do nich nie należę. Piotr urządzał mi całe życie zawodowe, a nawet część prywatnego. Kiedy szukałam pilnie dentysty albo mechanika samochodowego dzwoniłam do niego. Bez niego poczułam się bezsilna.

– A jednak zaczęłaś działać…

– Piotr znalazł się w szpitalu, a dwa tygodnie później już go z nami nie było… Nikt się tego nie spodziewał. A ja byłam w trakcie wielu różnych zobowiązań zawodowych zakontraktowanych przez Piotra i paradoksalnie ta sytuacja zmusiła mnie do działania. Musiałam pilnie znaleźć kogoś, kto to wszystko ogarnie. Jedną z niewielu osób w branży zajmującą się managementem, którą znałam i lubiłam był Maciek Durczak z Rock House Entertainment. I właśnie do niego się zwróciłam. Na szczęście nie odmówił. Przeorganizował pracę swoich ludzi i przyjął mnie pod skrzydła. Wciąż przystosowuję się do zupełnie innych reguł pracy. Ale chyba się udaje… Nowa płyta jest tego dowodem!

– Czy tytuł albumu „Na świecie nie ma pustych miejsc” nawiązuje do odejścia Piotra?

– Szczerze powiedziawszy ten tytuł zasugerował Maciej Durczak, który dobrze się znał z Piotrem, bo wielokrotnie współpracowali. Tekst napisałam jeszcze przed śmiercią Piotra. Życie, niestety, dopisało swój komentarz. I choć Piotra wciąż bardzo brakuje to wiem, że świat nie znosi próżni. Wszystko się zmienia; otoczenie, my, nasze emocje, ale nasz mały, osobisty wszechświat nigdy nie zostaje pusty.

– Nowy album ukazuje się na 20-lecie twojej solowej kariery. Czy ten jubileusz też jakoś cię mobilizował?

O, nie odnotowałam tego faktu! Nie jestem typem archiwisty. Wciąż patrzę w przyszłość z nadzieję, że uda mi się jeszcze wiele pomysłów zrealizować. Ale skoro rzeczywiście stuknęło 20 lat, to cieszę się, że udało mi się „przebudzić” fonograficznie na ten jubileuszowy rok.

– „Na świecie nie ma pustych miejsc” to album, na którym pokazujesz zupełnie inną twarz, tę bardziej liryczną i kobiecą… Nie boisz się reakcji publiczności, która zna Ostrowską jako mocną rockmankę?

– Oczywiście, że trochę się boję… Ale ta kobieca i liryczna Ostrowska też we mnie jest. W końcu przyszła pora, żeby ją ujawnić światu. Nosiłam tę płytę w sobie przez wiele lat. Musiała powstać. Wielokrotnie powtarzałam, że z natury jestem niejednorodna. I tą płytą dość dosadnie to udowadniam. Ale fakt, że nagrałam taki album nie oznacza, że zmieniam na stałe swój sposób śpiewania. Absolutnie nie!

– Głównym kompozytorem i producentem tego materiału jest Maciej Muraszko. Człowiek odpowiedzialny za ostatnie sukcesy m.in. Stanisławy Celińskiej czy Macieja Maleńczuka. Muzyk jakby z innej bajki niż twoja. Jak doszło do tej współpracy?

– Z Maćkiem znamy się od dawna! Przez wiele lat widziałam w nim głównie perkusistę. Kiedyś nawet zagrał z nami jeden czy dwa koncerty. Wtedy jednak nie myślałam o nim jako potencjalnym producencie mojej płyty. Zdarzył mi się jednak taki świąteczny telewizyjny koncert, do którego Maciek zaaranżował wszystkie utwory. To wówczas jego muzyczna wrażliwość zrobiła na mnie ogromne wrażenie. I pojawił się kolejny impuls do powstania tej płyty. Zgłosiłam się do niego z pomysłem. Ale ponieważ jest bardzo zajętym człowiekiem, pokornie musiałam poczekać ponad półtora roku, aż znajdzie dla mnie czas. Chwilę to trwało, ale urodziliśmy to „dziecko”! /śmiech/

– To jego pomysł, by ta płyta była w dużej mierze akustyczna, a zamiast elektrycznych gitar pojawiły się takie instrumenty jak: harfa, tuba, skrzypce czy fortepian?

– Nie, to była moja wizja. Ale sposób w jaki Maciek aranżuje i produkuje bardzo nałożył się na moją wizję tej płyty. Od początku chciałam wykorzystać instrumenty z którymi, w studiach nagraniowych, do tej pory nie było mi po drodze. Nie wszystkie pomysły zrealizowaliśmy, ale najważniejsze, że udało się połączyć harfę czy tubę z moim głosem. Wiem, że to brzmi egzotycznie. I o to chodziło! Maciek jest człowiekiem bardzo otwartym i elastycznym. Uważnie wysłuchał moich sugestii, a następnie przetworzył je przez swoje poczucie estetyki muzycznej i ubrał w konkretne dźwięki.

– Trochę trudno tę płytę z czymś porównać. Jest bardzo eklektyczna. Jakie były wasze inspiracje muzyczne?

– Oczywiście na początku słuchaliśmy razem wielu płyt i szukaliśmy pomysłów. Ale w praniu okazało się, że i tak najbardziej trzeba polegać na własnej wrażliwości. I może dlatego ta płyta nie jest podobna do żadnej innej. Myślę, że jest to jej wielka zaleta.

– Podobno woziłaś Maćkowi do studia łakocie, żeby go zmobilizować do pracy?

– Maćka nie trzeba było mobilizować… Ale rzeczywiście co nieco przywoziłam, żeby tę naszą pracę umilić. Piekłam orzechowce i jabłeczniki. Robiłam też pierogi. Wydawało mi się, że Maciek trochę źle się odżywia. Na moje oko jadł zbyt wiele niezdrowych rzeczy i pił za dużo kolorowych słodzonych napojów. Namawiałam go na zdrowszą dietę. I nawet trochę się udało! Tak więc korzyści z tej twórczej pracy są wszelakie. /śmiech/

– Ale oprócz Maćka na płycie są też kompozycje innych autorów m.in. byłych członków Lombardu: Roberta Kalickiego i Henia Barana. Jak do tego doszło?

– Mam ogromny zbiór piosenek nigdy niewydanych. Przez 12 lat trochę tego się nazbierało! Niektóre z nich świetnie się wpasowały do tego materiału. Inne muszą poczekać na kolejne albumy albo pozostać w szufladach. Poza tym mam dobry kontakt z prawie wszystkimi kolegami, z którymi grałam w Lombardzie. Wciąż mi coś podsyłają. Henio podarował mi przepiękną kompozycję „Zadzwoń”, którą kończy fenomenalna solówka na flecie, a Dzidziuś czyli Robert Kalicki napisał dla mnie cudną balladę „Komu potrzebna taka miłość”. Poza nimi na albumie znajdują się jeszcze piosenki Jaśka Kidawy, z którym stworzyłam poprzedni album „Słowa”. Wielu kompozytorów, utwory z różnych lat – to wszystko powoduje, że płyta jest pozornie bardzo niejednorodna, ale jednak dzięki produkcji Maćka Muraszki spójna.

– Na pewno łączy je twój charakterystyczny głos i teksty. Wszystkie piosenki są o miłości. To o tyle zaskakujące, że w czasach Lombardu o miłości prawie nie śpiewałaś.

– Miłość to niewątpliwie temat przewodni albumu! I ona rzeczywiście łączy ten zestaw czternastu piosenek. Niemniej to zupełnie różne opowieści o rozmaitych barwach i odcieniach miłości. W latach 80. byłam zdecydowanie bardziej zamknięta w sobie. Poza tym będąc młodą osobą wydaje się, że miłość nam się po prostu należy, jest oczywista, na wyciągnięcie ręki, nie trzeba się o nią starać, a życie dookoła jest od niej ciekawsze i bardziej inspirujące. Po latach widzę, że to wszystko dokoła owszem, jest ważne, ale wobec miłości jednak miałkie. Wszystko przemija, a miłość zostaje, a nawet staje się motorem naszego życia. Dojrzałam do tego, by nie bać się o tym mówić!

– Jesteś osobą walczącą i wspierającą… Zabierasz głos w obronie praw człowieka, kobiet, LGBT czy praworządności. Nie kusiło cię, żeby dać temu wyraz w także w piosenkach?

– Może przyjdzie na to pora. W przypadku tej płyty chciałam jednak, żeby dotykała tego co jest najgłębiej schowane w moim sercu, czyli miłości.

– Płyta ma dwie okładki, czy to też wyraz tego, że nie jesteś jednorodna?

– Poniekąd tak! Dostałam kilka bardzo dobrych pomysłów na okładkę. I to kusiło i tamto nęciło! Zarówno Małgorzata w prostym czarnym garniturze, jak i ta w miękkim wydaniu futerkowym odzwierciedlają moją osobę nie tylko w kontekście tej płyty. A ponieważ bardzo ciężko było mi się zdecydować na jedną to wybór zostawiłam fanom.

– W teledysku do utworu „Ziemia w ogniu” też widzimy dwie Małgorzaty. Jedna w czarnych skórach, druga w białym futrze. To czas, w którym próbujesz się konfrontować sama ze sobą?

– Tak. To istota tego klipu! Raz jestem czarna, raz jestem biała. Dokładnie tak widzę siebie!

– W klipie wystąpiło wielu aktorów i zwierząt. Jaki był twój udział w tworzeniu klipu?

– Klip to zasługa Pascala Pawliszewskiego. Kiedy przedstawił mi pierwszy pomysł nie byłam zachwycona, ale druga wizja już mnie uwiodła. Włożył dużo starań, by zebrać ciekawe typy ludzkie i zwierzęta. Jest koń, tarantula, puchacz czy wąż. Świetnie nam się współpracowało. Było trudno i wyczerpująco, ale wyszło pięknie i stylowo.

– Do płyty jako bonus została dołączona piosenka „Szpilki”. Ten utwór ma już ponad osiem lat. Skąd ten pomysł?

– Nie został wydany nigdy w wersji studyjnej na żadnej płycie, a fani kochają ten numer! I choć nigdy nie był prezentowany w dużych stacjach radiowych, a jedna z nich nawet uznała, że wokalistka w moim wieku nie powinna śpiewać o „takich” rzeczach to dzięki internetowi i YT, utwór zyskał sporą popularność! Dziś „Szpilki” są w żelaznym repertuarze koncertowym i za każdym razem publiczność je śpiewa ze mną. Zrobił się z tego trochę taki hymn kobiet z apetytem na życie.

– Czy tuż przed premierą tej zaskakującej płyty czujesz bardziej stres czy satysfakcję?

– Jedno i drugie! Gdybym tej płyty nie wydała to czułabym wielki niedosyt! Już w pierwszych rozmowach jeszcze z Piotrem Niewiarowskim, a potem z Maćkiem Durczakiem mówiłam o tym, że chcę nagrać album, który niekoniecznie ma być sukcesem komercyjnym! Mam świadomość, że Małgorzata Ostrowska w takim anturażu może być na tyle zaskakująca, że fani tego nie zaakceptują. I to na pewno jest stresujące! Jednak nie chciałam zrezygnować z tego pomysłu, bo jeśli nie teraz to kiedy? Dlatego czuję też satysfakcję, że udało się ten projekt doprowadzić do finału! A fani? Mam nadzieję, że dojrzeli ze mną. Przez te dobrych kilka lat na pewno też przesłuchali sporo płyt i byli świadkami zmian, które zaszły na rynku muzycznym wiec wierzę, że przyjmą ten album ciepło.

– Wystawiasz ich na próbę?

– Siebie też! Do jednego moi fani na pewno są przyzwyczajeni: wielokrotnie podejmowałam działania, które totalnie ich zaskakiwały. Czasem też negatywnie. Przecież kilka razy zawieszałam swoją działalność, a w latach 90. na kilka lat zupełnie zrezygnowałam z estrady. Nie śpiewałam nawet przy goleniu /śmiech/. Powroty nigdy nie są łatwe. Zawsze jest obawa, że fani znaleźli sobie inny obiekt zainteresowania. Jest przecież tylu fantastycznych artystów. Jednak, pomimo iż bywam niepokorna i podejmuję niepopularne decyzje jest całkiem spore grono ludzi, którzy mają dla mnie zarezerwowany kawałek serca. To ogromnie cieszy i sprawia, że jednak z dużą nadzieją podchodzę do premiery krążka „Na świecie nie ma pustych miejsc”.

– Czy tę drogę akustyczno-liryczną będziesz jeszcze kontynuowała?

– Koncertowo jak najbardziej. Oprócz swojego elektrycznego zespołu, mam formację akustyczną ze skrzypcami czy akordeonem, z którą regularnie występuję. I na tych koncertach śpiewam też te liryczne premierowe utwory. A obok nich gramy także te największe przeboje z czasów Lombardu, choć w bardzo odmiennych i zaskakujących aranżacjach. Ale póki co, nie planuję kolejnej płyty w tym klimacie.

– Zużyłaś całe zapasy swojej liryki?

– Chyba tak. /śmiech/ Choć teraz czeka mnie promocja albumu, więc przez jakiś czas będę zanurzona w tym klimacie. Ale powoli zaczynam czuć niedosyt tej ostrej Ostrowskiej. Zbieram materiał i układam w głowie pomysły. Nie chciałabym, żeby to trwało zbyt długo.

– Żałujesz trochę, że minęło aż dwanaście lat bez płyty?

– Nie żałuje niczego! Nawet tych lat fonograficznej przerwy. To nie były lata, kiedy nic się nie działo. Bardzo dużo koncertowałam, nagrałam płytę live – „Gramy” oraz kilka singli m.in. „Po niebieskim niebie” z Markiem Jackowskim. Wystąpiłam gościnnie w wielu projektach jak choćby folkowo-akustyczna płyta KSU czy album grupy Pectus z tekstami Wojciecha Młynarskiego. Brałam też udział w koncertach z cyklu „Symphonica”, czyli rockowe przeboje z orkiestrą symfoniczną, a na trasie „Męskie Granie” śpiewałam z Organkiem. Myślę, że to wszystko mnie rozwijało i przybliżało do nagrania tej płyty. Być może ten czas był mi po prostu potrzebny.

Rozmawiał: Paweł Trześniowski
Zdjęcia: Michał Pańszczyk/Thedreams Studio

Agnieszka Chylińska w Łodzi

Książka Agnieszki Chylińskiej

Tłumy łodzian przyszły w niedzielę (24 listopada) do jednego ze sklepów w Manufakturze. Wszystko to w  związku z premierą szóstej już książki pt. „Giler, trampolina i reszta świata” Agnieszki Chylińskiej .

Agnieszka Chylińska to wokalistka i rockmenka zespołu O.N.A. która ma na koncie 10 płyt. Świętuje również  w tym roku 25-lecie działalności artystycznej, występuje też jako juror w telewizyjnym programie Mam Talent. Jako matka trójki dzieci jest także autorką literatury dziecięcej pisanej na własnych przeżyciach. Seria książek o przygodach Zezi i Gilera cieszy się ogromną popularnością w śród dzieci i nastolatków, także cały dostępny nakład wszystkich sześciu części rozszedł się błyskawicznie.

Na spotkanie w łodzi przyszło mnóstwo rodziców z dziećmi, dziadków i babć z wnuczkami i młodzieży oraz fanów Agnieszki. Były więc autografy na książkach, płytach, wspólne zdjęcia, przytulania oraz rozmowy.

 

Roman Polański laureatem „Złotego Glana”

Światowej sławy reżyser, laureat Oscara i Złotej Palmy, a także kilkudziesięciu innych nagród – Roman Polański – będzie gościem gali zamknięcia 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA. Autor m.in. „Pianisty”, „Noża w wodzie” czy „Dziecka Rosemary” odbierze statuetkę Złotego Glana, którym łódzka impreza od lat honoruje niepokornych twórców filmowych idących pod prąd modom i trendom. Uczestnicy gali przedpremierowo zobaczą jego najnowsze dzieło – wyróżniony Wielką Nagrodą Jury i Nagrodą FIPRESCI w Wenecji obraz „Oficer i szpieg”.

Urodzony w 1933 roku Roman Polański jest absolwentem Szkoły Filmowej w Łodzi. To właśnie tu od roku 1954 zdobywał reżyserskie szlify, a pod okiem pedagogów uczelni powstały jego pierwsze etiudy, jak m.in. „Dwaj ludzie z szafą” i „Gdy spadają anioły”. Zaś z pomocą przyjaciół poznanych podczas łódzkich studiów zrealizował swój debiutancki „Nóż w wodzie” (1962), który przyniósł mu m.in. Nagrodę Krytyków na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara w kategorii „Najlepszy Film Zagraniczny”.

To właśnie ta nominacja w dużej mierze zdecydowała o jego dalszej reżyserskiej karierze, otwierając przed nim drzwi zachodniego świata. Kolejny obraz – „Wstręt” (1965) nakręcił już w Paryżu, a produkcja ta zaowocowała Srebrnym Niedźwiedziem Berlinale. Potem była

„Matnia” (1965) i Złoty Niedźwiedź w Berlinie. Zaś po „Nieustraszonych łowcach wampirów” (1967) o Polańskiego upomniało się Hollywood, gdzie już rok później zrealizował, kultowe dziś, „Dziecko Rosemary” (1968). Największy, obok mającego aż 11 nominacji do Oscara

„Chinatown” (1974), komercyjny hit w jego karierze. W 1976 roku w Europie powstał

„Lokator”, w którym reżyser osobiście zagrał główną rolę u boku Isabelle Adjani oraz Shelley Winters. Nakręcona przez niego trzy lata później „Tess” (1979) zdobyła trzy Oscary i dwie statuetki Cezara. W 1981 roku na krótko wrócił do Polski, by wystawić w warszawskim Teatrze na Woli „Amadeusza” Petera Shaffera. W połowie lat 80. reżyser ostatecznie już związał się z Francją, gdzie powstały także kolejne jego filmy „Piraci” (1986), „Frantic” (1988), „Gorzkie gody” (1992). W 1994 roku przeniósł na ekrany kin sztukę Ariela Dorfmana

„Śmierć i dziewczyna”, a 5 lat później pokazał światu „Dziewiąte wrota” oparte na powieści Artura Péreza-Revertego.

Jednym z najważniejszych dzieł w jego dorobku pozostaje „Pianista” (2002) – odwołująca się do osobistych wojennych doświadczeń opowieść o Władysławie Szpilmanie, która przyniosła Polańskiemu Złotą Palmę na 55. MFF w Cannes, siedem Cezarów oraz trzy Oscary (za najlepszą reżyserię, scenariusz adaptowany oraz rolę męską Adriana Brody’ego). Kolejne lata to pasma udanych ekranowych adaptacji – od „Olivera Twista” (2005) wg Charlesa Dickensa, przez „Autora widmo” (2010) wg Roberta Harrisa, „Rzeź” (2011) opartą na sztuce

„Bóg mordu” autorstwa Yasminy Rezzy, „Wenus w futrze” (2013) na motywach Leopolda von Sacher-Masocha, po „Prawdziwą historię” (2017) – ekranizację powieści Delphine de Vigan.

Najnowszy obraz Polańskiego „Oficer i szpieg”, który będzie można zobaczyć przedpremierowo na Cinergii, to ponowne zetknięcie reżysera z prozą Roberta Harrisa. Kanwą scenariusza była książka przybliżająca najgłośniejszy proces schyłku XIX wieku we Francji znany jako afera Dreyfusa – francuskiego oficera skazanego na dożywocie za zdradę swojej ojczyzny i zesłanego na wygnanie. Film przedstawia tę historię z punktu widzenia szefa wywiadu Georgesa Picquarta, który odkrywa, że dowody w sprawie Dreyfusa zostały spreparowane i wbrew swoim przełożonym postanowi za wszelką cenę ujawnić prawdę. W rolach głównych występują nagrodzony Oscarem Jean Dujardin („Artysta”, „Wilk z Wall Street”), Louis Garrel („Marzyciele”) i Emmanuelle Seigner („Wenus w futrze”). Autorem zdjęć jest wybitny polski operator Paweł Edelman, od filmu „Pianista” na stałe współpracujący z Polańskim.

„Oficer i szpieg” wejdzie na ekrany polskich kin 27 grudnia, a jego dystrybutorem jest firma Gutek Film. 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA będzie drugą imprezą, po Międzynarodowym Festiwalu Autorów Zdjęć Filmowych EnergaCamerimage, która przedpremierowo zaprezentuje film polskiej publiczności.

Reżyser przyjedzie do Łodzi na wspólne zaproszenie Cinergii i Monopolis – wieloletniego partnera festiwalu.

Światowej sławy reżyser, laureat Oscara i Złotej Palmy, a także kilkudziesięciu innych nagród – Roman Polański – będzie gościem gali zamknięcia 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA. Autor m.in. „Pianisty”, „Noża w wodzie” czy „Dziecka Rosemary” odbierze statuetkę Złotego Glana, którym łódzka impreza od lat honoruje niepokornych twórców filmowych idących pod prąd modom i trendom. Uczestnicy gali przedpremierowo zobaczą jego najnowsze dzieło – wyróżniony Wielką Nagrodą Jury i Nagrodą FIPRESCI w Wenecji obraz „Oficer i szpieg”.

Urodzony w 1933 roku Roman Polański jest absolwentem Szkoły Filmowej w Łodzi. To właśnie tu od roku 1954 zdobywał reżyserskie szlify, a pod okiem pedagogów uczelni powstały jego pierwsze etiudy, jak m.in. „Dwaj ludzie z szafą” i „Gdy spadają anioły”. Zaś z pomocą przyjaciół poznanych podczas łódzkich studiów zrealizował swój debiutancki „Nóż w wodzie” (1962), który przyniósł mu m.in. Nagrodę Krytyków na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara w kategorii „Najlepszy Film Zagraniczny”.

To właśnie ta nominacja w dużej mierze zdecydowała o jego dalszej reżyserskiej karierze, otwierając przed nim drzwi zachodniego świata. Kolejny obraz – „Wstręt” (1965) nakręcił już w Paryżu, a produkcja ta zaowocowała Srebrnym Niedźwiedziem Berlinale. Potem była

„Matnia” (1965) i Złoty Niedźwiedź w Berlinie. Zaś po „Nieustraszonych łowcach wampirów” (1967) o Polańskiego upomniało się Hollywood, gdzie już rok później zrealizował, kultowe dziś, „Dziecko Rosemary” (1968). Największy, obok mającego aż 11 nominacji do Oscara

„Chinatown” (1974), komercyjny hit w jego karierze. W 1976 roku w Europie powstał

„Lokator”, w którym reżyser osobiście zagrał główną rolę u boku Isabelle Adjani oraz Shelley Winters. Nakręcona przez niego trzy lata później „Tess” (1979) zdobyła trzy Oscary i dwie statuetki Cezara. W 1981 roku na krótko wrócił do Polski, by wystawić w warszawskim Teatrze na Woli „Amadeusza” Petera Shaffera. W połowie lat 80. reżyser ostatecznie już związał się z Francją, gdzie powstały także kolejne jego filmy „Piraci” (1986), „Frantic” (1988), „Gorzkie gody” (1992). W 1994 roku przeniósł na ekrany kin sztukę Ariela Dorfmana

„Śmierć i dziewczyna”, a 5 lat później pokazał światu „Dziewiąte wrota” oparte na powieści Artura Péreza-Revertego.

Jednym z najważniejszych dzieł w jego dorobku pozostaje „Pianista” (2002) – odwołująca się do osobistych wojennych doświadczeń opowieść o Władysławie Szpilmanie, która przyniosła Polańskiemu Złotą Palmę na 55. MFF w Cannes, siedem Cezarów oraz trzy Oscary (za najlepszą reżyserię, scenariusz adaptowany oraz rolę męską Adriana Brody’ego). Kolejne lata to pasma udanych ekranowych adaptacji – od „Olivera Twista” (2005) wg Charlesa Dickensa, przez „Autora widmo” (2010) wg Roberta Harrisa, „Rzeź” (2011) opartą na sztuce

„Bóg mordu” autorstwa Yasminy Rezzy, „Wenus w futrze” (2013) na motywach Leopolda von Sacher-Masocha, po „Prawdziwą historię” (2017) – ekranizację powieści Delphine de Vigan.

Najnowszy obraz Polańskiego „Oficer i szpieg”, który będzie można zobaczyć przedpremierowo na Cinergii, to ponowne zetknięcie reżysera z prozą Roberta Harrisa. Kanwą scenariusza była książka przybliżająca najgłośniejszy proces schyłku XIX wieku we Francji znany jako afera Dreyfusa – francuskiego oficera skazanego na dożywocie za zdradę swojej ojczyzny i zesłanego na wygnanie. Film przedstawia tę historię z punktu widzenia szefa wywiadu Georgesa Picquarta, który odkrywa, że dowody w sprawie Dreyfusa zostały spreparowane i wbrew swoim przełożonym postanowi za wszelką cenę ujawnić prawdę. W rolach głównych występują nagrodzony Oscarem Jean Dujardin („Artysta”, „Wilk z Wall Street”), Louis Garrel („Marzyciele”) i Emmanuelle Seigner („Wenus w futrze”). Autorem zdjęć jest wybitny polski operator Paweł Edelman, od filmu „Pianista” na stałe współpracujący z Polańskim.

„Oficer i szpieg” wejdzie na ekrany polskich kin 27 grudnia, a jego dystrybutorem jest firma Gutek Film. 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA będzie drugą imprezą, po Międzynarodowym Festiwalu Autorów Zdjęć Filmowych EnergaCamerimage, która przedpremierowo zaprezentuje film polskiej publiczności.

Reżyser przyjedzie do Łodzi na wspólne zaproszenie Cinergii i Monopolis – wieloletniego partnera festiwalu.

Spektakl Prywatna Klinika już w grudniu w Teatrze Jaracza

Prywatna Klinika to inteligentna i prawdziwie śmieszna farsa, w której humor rozwija się aż po ostatnią scenę. Lekka treść, wyraziste postaci, zawrotne tempo, zaskakujące zwroty akcji oraz świetna obsada zapewniają rozrywkę na wysokim poziomie.

7.12.2019 – Prywatna Klinika
Spektakl komediowy w gwiazdorskiej obsadzie
(2 spektakle – godz. 16.00 i 19:00)
Teatr im. Stefana Jaracza
ul. Jaracza 27, Łódź

Bilety:
KUP BILET na godz. 16:00
KUP BILET na godz. 19:00

Prywatna Klinika to inteligentna i prawdziwie śmieszna farsa, w której humor rozwija się aż po ostatnią scenę. Lekka treść, wyraziste postaci, zawrotne tempo, zaskakujące zwroty akcji oraz świetna obsada zapewniają rozrywkę na wysokim poziomie.

Historia Harriet rozwódki mieszkającej w eleganckim mieszkaniu w Brighton, która rozwiązuje problemy finansowe dzięki wsparciu dwóch żonatych dżentelmenów i perfekcyjnie zorganizowanego kalendarza. Kiedy jeden z nich zostaje unieruchomiony w łóżku przez złamaną nogę, a w progu mieszkania Harriet pojawia się dawno niewidziana przyjaciółka Anna wraz z niestroniącym od alkoholu mężem oraz niczego nieświadome zdradzane małżonki, spektakl staje się prawdziwym rollercoasterem emocji, pomylonych tożsamości, karykaturalnych sytuacji i arcyśmiesznych dialogów.

Sztuka napisana w 1983 r. przez mistrzów gatunku – Johna Chapman i Dave’a Freeman – nie traci na aktualności, a farsa na związki damsko-męskie bawi kolejne pokolenia widzów.

HARRIET – Monika Fronczek / Kasia Kołeczek
ANNA – Klaudia Halejcio
MILDRED – Katarzyna Bujakiewicz / Katarzyna Anzorge
GORDON – Rafał Cieszyński / Andrzej Deskur / Michał Czernecki
ALEK – Tomasz Oświeciński
MAGDA – Alżbeta Lenska
RYSZARD – Paweł Koślik / Wojciech Solarz

Twórcy:
Teatr Pozytywny & NOVAKKA
REŻYSER – Grzegorz Reszka
SCENARIUSZ – John Chapman & Dave Freeman
TŁUMACZ – Elżbieta Woźniak
SCENOGRAFIA i KOSTIUMY – Agnieszka Sasim
ZDJĘCIA – Szymon Szczęśniak

Spektakl dla widzów od 18 roku życia.
Czas trwania spektaklu 120 minut, 15 min przerwa
Bilety do nabycia: http://www.kupbilecik.pl/
Ceny biletów: od 80 do 120 zł

Rezerwacje grupowe telefoniczne: 602661027,602319712
Rezerwacje grupowe : kontakt@novakka.pl

CINERGIA. Filmowe święto Łodzi

Blisko 100 filmów obejrzą widzowie 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA w Łodzi. Wśród gości nominowany do Oscara reżyser Lenny Abrahamson oraz gwiazda „Matrixa” i „Rodziny Soprano” Joe Pantoliano.

ŁÓDŹ 22-30 listopada 2019
www.cinergiafestival.pl

Trzon CINERGII stanowią konkursy europejskich i polskich debiutów, w których to rokrocznie ścierają się najciekawsze zjawiska i trendy młodego kina. Ale CINERGIA to także rozliczne sekcje pozakonkursowe prezentujące filmy z całego świata oraz retrospektywy uznanych twórców. W tym roku bohaterami CINERGII będą nominowany do Oscara za film „Pokój” Lenny Abrahamson oraz wybitna czeska dokumentalistka Jana Sevcikova.

Festiwalowa publiczność będzie mogła spotkać się także z kanadyjskim reżyserem i producentem Seanem Cisterną oraz amerykańskim aktorem włoskiego pochodzenia Joe Pantoliano, którzy będą wspólnie promować w Łodzi film „From the Vine”. Pantoliano zaprezentuje także publiczności swój dokumentalny obraz „No Kidding! Me 2!!” oraz weźmie udział w rocznicowym pokazie filmu „Matrix”.

W programie CINERGII także specjalne pokazy „Czasu Apokalipsy” (z okazji 40-lecia premiery) oraz „Malowanego ptaka” wg prozy Jerzego Kosińskiego. Imprezę zwieńczy koncert Ani DąbrowskiejAnia Movie Charlie” przygotowany na 25. urodziny festiwalowego kina Charlie.

Festiwal Teatru Młodych „Dziatwa 2019” na Piotrkowskiej

Festiwal Teatru Młodych „Dziatwa 2019”

Z okazji 40 Ogólnopolskiego Festiwalu Teatru Młodych „Dziatwa 2019”, Bałucki Ośrodek Kultury zorganizował dla wszystkich Łodzian małych i dużych kolorowy Korowód – akcję teatralną w ramach działań edukacyjnych i animacyjnych Festiwalu Kultury Szkolnej. Tegoroczny Korowód przeszedł ulicą Piotrkowską, od Pasażu Rubinsteina do Pasażu Schillera i z powrotem.

Spektakl multimedialny „Sny”

Spektakl multimedialny „Sny”. Spotkanie mezzosopranistki i tancerki hip-hop w artystycznym projekcie. 

Czasem gdy wszystko oddala się w głęboki sen przychodzi przebudzenie, a reszta jest prawdą. – Jim Morrison

„Sny” to spektakl multimedialny łączący stylistyczne bieguny – muzykę klasyczną, elektroniczne brzmienie oraz sztukę wizualną. Autorkami przedsięwzięcia są artystki na co dzień posługujące się odmienną stylistyką – Anna Werecka i Justyna Stopnicka. W ramach projektu „Anthurium” w najbliższy piątek o g. 18 w Ośrodku Kultury Górna będzie można zobaczyć ich muzyczno-taneczny eksperyment.

Anna Werecka jest doktorem sztuki, mezzosopranistką związana ze sceną barokową, wykładowczynią Akademii Muzycznej w Łodzi. Justyna Stopnicka to tancerka od 16 lat związana z kulturą hip-hop, absolwentka Wydziału Kompozycji, Teorii Muzyki, Rytmiki i Edukacji Artystycznej na Akademii Muzycznej w Łodzi. Dwa przeciwległe style artystyczne połączone zostały w jednym teatralnym projekcie „Anthurium – Sny”. Poszukiwanie wspólnego języka w tych odmiennych stylach możliwe się stały w przestrzeni oniryczno-surrealistycznej. Całość dopełnia projekcja multimedialna w wykonaniu znanej łódzkiej artystki Justyny Jakóbowskiej. Jej animacje, zdjęcia oraz filmy miksowane na żywo, wchodzić będą w relacje z muzyką, tańcem i przestrzenią. Gościnnie wystąpi także Seweryn Obałka – tancerz i choreograf.

Spektakl multimedialny pt. „Anthurium – Sny” będzie można zobaczyć w Ośrodku Kultury Górna w Światowy Dzień Snu.

15.03 (piątek), Dzień Snu, godz. 18.00
Ośrodek Kultury Górna, ul. Siedlecka 1
WSTĘP WOLNY